PAWŁOKOMA 3 III 1945 r.

„Czy ponad pół wieku, jakie upłynęło od tragicznych wydarzeń, które rozegrały się na terenach południowo-wschodniej Polski to wystarczająco dużo czasu, by Polacy i Ukraińcy mogli podać sobie wreszcie ręce w geście pojednania ponad mogiłami, jakimi usiane są nasze ziemie? Czy są gotowi wybaczyć wzajemne krzywdy, zbrodnie i poзrosić o wybaczenie!?

Przykład Pawłokomy, ukraińskiej wsi nad Sanem, gdzie 3 marca 1945 r., żołnierze Armii Krajowej z oddziału por. Józefa Bissa „Wacława” wymordowali niemalże całą ludność, włącznie z kobietami i dziećmi, rodzi nadzieję, że jest ku temu wielka szansa. I nawet jeśli dziś nie zdarzy się CUD i nie staniemy się świadkami pojednania, takiego, jak nauczał Chrystus, zamykającego wzajemne swary i licytowanie się winami z przeszłości, powinniśmy uczynić wszystko, by dialog o zgodną przyszłość obu narodów był kontynuowany przez najmłodsze pokolenie Polaków i Ukraińców”.

Tak w marcu 2006 roku – w 60. rocznicę pawłokomskiej tragedii – napisałem we wstępie do mojej książki „Pawłokoma 3 III 1945 r.”, opisującej kulisy wydarzeń, jakie rozegrały się w tej miejscowości w 1945 r. i historię popełnionej tam zbrodni.
Takim też przesłaniem kierowałem się przygotowując do druku książkę «Даровано життя щоб правду розказати. Павлокома 3 ІІІ 1945 р.» – autorstwa w głównej mierze Pani Marii Pańkiw (mój wstęp), zawierającą relacje byłych mieszkańców wsi, ocalałych z pogromu.

  

Powstanie tych książek nie byłoby możliwe bez naprawdę życzliwej i perfekcyjnej pracy polskich archiwistów z Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie, Rzeszowie, Wrocławiu i Opolu, gdzie poszukiwałem i odnalazłem dokumenty dotyczące dowódcy oddziału AK por. Józefa Bissa i jego żołnierzy. Szczególnie Biuro Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Oddziału IPN w Rzeszowie dowiodło, że problematyką badania stosunków polsko-ukraińskich, nawet tych najtragiczniejszych i najboleśniejszych, można zajmować się w sposób naukowy i profesjonalny, bez jakichkolwiek uprzedzeń. Pragnę im za to jeszcze raz serdecznie podziękować.

Wtedy, w 2006 r. w Pawłokomie, wydawało się, że ten CUD pojednania się zdarzył, że to wszystko jest takie realne. Uroczystościom z udziałem prezydentów Polski – Lecha Kaczyńskiego i Ukrainy – Wiktora Juszczenki z małżonkami, duchowieństwa wszystkich konfesji, polskich harcerzy i ukraińskich płastunów, dzieci i młodzieży z polskich i ukraińskich szkół, miejscowych Polaków i Ukraińców, którzy przybili licznie z całej Polski i Ukrainy, sprzyjała nawet pogoda. To był piękny dzień w historii polsko-ukraińskiego pojednania. Podniosła, wspaniała uroczystość. I tak mogło być już zawsze. Niestety tę nadzieję, która tliła się w sercach ludzi obecnych tamtego dnia na cmentarzu w Pawłokomie, a którą wyraziłem również ja we wstępie do mojej książki napisanej specjalnie na tamtą uroczystość – zabito. Z pełną premedytacją i obawiam się, że bezpowrotnie.

P.S. Mam mieszane uczucia, kiedy czytam komentarze do dzisiejszych uroczystości w Pawłokomie. Od 2006 r. politycy ukraińscy pojawiali się tam rzadko. Teraz, po wyprawie polskiej delegacji z wiceministrem spraw zagranicznych i wiceszefem IPN do Huty Pieniackiej, mamy „rewizytę” Kijowa. Intencje obu stron są aż nadto czytelne. To nic innego, jak ciąg dalszy walki na mogiły, licytowanie się martyrologią. Tu nie chodzi o pamięć dla ofiar, o szacunek dla ich rodzin.

Chciałoby się rzec „ciszej nad tymi mogiłami”! Cały ten polityczny jazgot niczemu nie służy. Gdybym mógł, zakazałbym politykom (na służbie) wstępu na cmentarze i zbliżania się na odległość mniejszą niż 100 m do wszelkiego rodzaju upamiętnień związanych z martyrologią. Wprowadziłbym zakaz wznoszenia jakichkolwiek pomników dla nieżyjących bohaterów, w krajach, które nie mają pieniędzy na budowanie przedszkoli czy godziwą opiekę medyczną dla żyjących na granicy ubóstwa. Zamiast zajmować się przeszłością, politycy powinni zająć się przyszłością. Tak, by młodzi, zdolni ludzie nie wyjeżdżali z Polski czy Ukrainy na Zachód, a Ukrainki nie musiały czyścić toalet w polskich domach, podobnie jak Polki w niemieckich czy brytyjskich.

Zbyt wiele lat poświęciłem na poszukiwanie informacji, dokumentów, świadków, liczenie pomordowanych po jednej i drugiej stronie, miejsc ich pochówku, by nie wiedzieć, że to tylko gra pozorów, polityka. Cyniczne wykorzystanie zmarłych, dla skłócenia żywych. Bo kiedy pojawia się potrzeba wsparcia konkretnych działań, badań naukowych, prac dokumentacyjnych, napisania i wydania książki, jako najlepszej formy ocalenie od zapomnienia nazwisk pomordowanych, czy chociażby więźniów obozu w Jaworznie, opowiedzenia historii ich życia i śmierci, z reguły słyszę, że Ukraina nie ma na to środków. Polski nawet już nie proszę. Może dlatego wolę znowu zamiatać ulice w Niemczech.

Wszystkie opublikowane fotografie są mojego autorstwa.

Powrót na bloga

Zostaw komentarz